an43

jasne i absolutnie nie kusiło ją, by cokolwiek odkręcać. Ale fakt, że

w tym czasie jedynym obiektem jego skupionej uwagi. Miłe? Po
chodzi o życie wiszące na bardzo cienkim włosku. Podawali jej cały
prawdopodobne zdawało się więc małe wiejskie hrabstwo, którego nie
Miał nadzieję, wielką nadzieję, że Susanna jednak czeka na
jego rodzice) - i tam właśnie po raz pierwszy ją zobaczył. A kiedy to
uciekał i nadal, gdy tylko widział mundur, odzywał się w nim sygnał ostrzegawczy. T. John wszedł po kładce położonej nad rowem wokół fundamentów nowego domu, który Brig budował dla Cassidy. - Pomyślałem, że może będzie pan chciał zobaczyć parę rzeczy. - T. John uśmiechnął się, mierząc wzrokiem ściany murowanego domu, postawione niedawno na miejscu starego baraku Sunny. Wręczył Brigowi kopertę i czarne pudełko z kasetą. Po podłodze walały się gwoździe i trociny. Dach był już prawie skończony. Belki pachniały świeżym drewnem. - Dlaczego? Co to jest? - Może odda to pan właścicielom. Koperta zawierała dwa czeki, każdy na sto tysięcy dolarów, wystawione na T. J. Wilsona. Jeden od Reksa Buchanana, drugi od Sędziego. - Łapówki? T. John wzruszył ramionami. - Można tak powiedzieć. Przyjechała Cassidy i wysiadła z jeepa. Brig nie mógł się powstrzymać i uśmiechnął się na jej widok. Była szczupła i opalona. Jeszcze nie było po niej widać, że nosi w sobie dziecko. Ich dziecko. Podeszła do nich. Postawiła papierową torbę i napój na podłodze przyszłego korytarza. Brig pokazał Cassidy czeki. - Powiedzieli mi, żebym wykorzystał je na moją kampanię wyborczą albo przeznaczył na emeryturę. Jak chcę. Ale jednym zajmuje się okręg, a drugim się nie martwię. Rozwiązałem sprawę dwóch pożarów i morderstw i wygląda na to, że stałem się miejscowym bohaterem. Coś podobnego. - T. John się uśmiechnął. Cassidy spojrzała na czeki i podała mu piwo. - Jestem na służbie. - Ale jest pora lunchu. Jako bohater może pan świętować. - Właściwie tak. - Co to jest? - Brig wskazał na plastykowe pudełko. - Pornografia. Z Derrickiem w roli głównej. - Cudownie. - Cassidy westchnęła. - Co ma pan zamiar z tym zrobić? - Oddam Sędziemu. Chce ją mieć. Wie pan, Felicity odsiaduje wyrok, a Derricka nie ma już między nami, więc Caldwell chce zniszczyć wszystkie kopie. Ich autorkę oskarżyliśmy o szantaż. Sędzia się boi, że może być więcej kopii, a wolałby, żeby jego wnuczki tego nie zobaczyły. - Całkiem nieźle sobie radzą - wtrąciła Cassidy. - Angela spędza bardzo dużo czasu ze swoim chłopakiem, a Linnie... Linnie dużo czyta. Mówiłam jej, że może zamieszkać z nami, ale chyba dobrze jej u Caldwellów. - Westchnęła. - Cały czas mówi, że Felicity niedługo wróci do domu. - Nie sądzę. Choć jej adwokatem jest stary wyga, to i tak sobie posiedzi. Cassidy zrozumiała słowa T. Johna. Dowody przeciwko Felicity były oczywiste. Naczytała się o zapalnikach z książek z biblioteki. Kilka lat później, bojąc się, że straci Derricka przez Angie, postanowiła ją zabić, gdy będzie z Brigiem. Chciała udowodnić Derrickowi, że jego siostra była niewierna, ale skończyło się tym, że zamiast Briga zginął Jed. Cassidy myślała o tym ze wstrętem. Zrozumiała, że skoro Brig nie dał się złapać na uwodzicielskie sztuczki Angie, jej siostra musiała znaleźć innego mężczyznę, który mógłby być ojcem dziecka. Wybrała Jeda, niestety w nieodpowiedniej chwili i w nieodpowiednim miejscu. Po latach gdy wznowiono dochodzenie, Felicity chciała nie tylko zabić Chase’a ale również zniszczyć dowody w firmie. Miała nadzieję, że nikt się nie dowie, że Derrick defrauduje pieniądze. Wtedy jeszcze nie wiedziała o Brigu ani nie miała pojęcia, że Chase miał się z kimś spotkać w tartaku. Chciała pozbyć się obu McKenziech i prawie jej się udało. Żeby dokończyć dzieła potrzebny był trzeci pożar. Chciała zabić Chase’a, ale zorientowała się, że to Brig. Ucieszyła się, że w końcu się go pozbędzie. Wraz z McKenziemi umarłyby wszystkie tajemnice Derricka. - Obawiam się, że Felicity nie szybko wyjdzie na wolność. I nie tylko ona. Lornę i jej byłego męża oskarżyliśmy o handel narkotykami. Chyba chętnie oddadzą kopie kasety, żeby skrócić wyrok. Sędzia nie ma się czym martwić. Może spokojnie wychowywać wnuczki. Brig otworzył piwo i pociągnął łyk. Było zimne. Październik był za to gorący, tylko liście zaczęły już opadać. Martwił się, że przyjdzie mu wykańczać dom zimą. Na szczęście dach był już prawie gotowy, dlatego pomyślał, że nawet nieźle by się stało, gdyby deszcz i wiatr zrobiły porządek na budowie. Myślał o Felicity. Nigdy jej nie ufał, ale nigdy też jej nie podejrzewał. Pewnie dlatego, że była bardzo oddana Derrickowi, Brig dał się zrobić w konia. Nie przypuszczał, że jest zdolna posunąć się tak daleko, żeby chronić to, co do niej należy. Czy kobieta, którą mąż pomiata, popełniłaby morderstwo, żeby ocalić małżeństwo? Idiotyzm. Właśnie tak: idiotyzm. - Co z pana matką? - spytał T. John Briga. Cassidy otworzyła butelkę mrożonej herbaty. - Będzie tutaj mieszkać. - Z wami? - Brwi T. Johna zbiegły się nad oprawkami okularów słonecznych.
dziś z samego rana. Tak mi się zdaje, że to on. Aż mnie przeszły ciarki
personal loans for credit score under 600 nieprzyjemna.
Tym razem to ona wyczekała chwilę, milcząc, choć miała ochotę
pomachać glinie zielonymi przed nosem i problem znikał. Ale ona nie
- Tak, przy telefonie.
zimniejsze. Ale język Diaza był ciepły, a pocałunek delikatny, wręcz
Może powinien częściej próbować, pomyślał, uśmiechając się w
ona absolutnie nie miała zamiaru iść na jakikolwiek kompromis. I
Mapa koronawirus w Polsce - sprawdź na mapie gdzie są zakażeni

Serce podskoczyło jej w piersi.

którą wyglądały wysokie okna, nabrała lawendowego koloru, jak kilka storczyków w doniczkach, które kwitły obficie. Zapadał zmierzch. Soczysta zieleń paproci przywodziła na myśl chłód, tak upragniony po upalnym dniu. Oranżeria wydawała się oazą zapraszającą gości, by się odprężyli, wyciszyli. Jednak dziś potrzeba było czegoś więcej niż tylko atmosfery tropików, żeby go uspokoić. Huff ułożyl się na szezlongu z kilkoma poduszkami pod plecami. Trzymał w dłoni szklaneczkę z burbonem, ale nie palił, spełniając tym życzenie zmarłej żony, aby nie przynosić papierosów do tego pomieszczenia. - Dobrze się czujesz? - spytał Beck. - Zdaje się, że lepiej niż ty. Gdybyśmy mieli się założyć, który z nas ma teraz wyższe ciśnienie, postawiłbym pieniądze na ciebie, - Czy to takie oczywiste? - Powiedz mi, co się dzieje. Beck westchnął głośno i oparł się wygodniej o poduszki na krześle. - Obrywa się nam ze wszystkich stron, Huff. - Po kolei. - Po pierwsze, mamy kłopoty z Paulikiem. Rozmawiałem przez telefon z doglądającym go lekarzem. Prognozy na wyleczenie są dobre. Fizycznie Billy radzi sobie doskonale, tak jak się można było spodziewać. - Ale? - Ale wpadł w głęboką depresję. - To oznacza konieczność zatrudnienia psychologa burknął niezadowolony Huff. - Nie dostaliby na to pieniędzy, nawet gdyby wypełnili formularz, czego nie zrobili. Myślę, że powinniśmy im zaoferować opłacenie sesji u psychiatry. Huff skrzywił się z odrazą. - Ci lekarze nieźle nakręcają sobie koniunkturę. To przekręt. - W niektórych przypadkach zapewne tak. Zważywszy jednak, że Billy przechodzi ciężki okres pod względem emocjonalnym i umysłowym, wydaje się dość logicznym posunięciem. Poza tym przysporzyłoby to nam popularności, której desperacko potrzebujemy. - W porządku, ale tylko kilka spotkań - zdecydował Huff. - Nic na dłuższą metę. - Powiedzmy, pięć sesji. - Powiedzmy, trzy. Co jeszcze? - Pani Paulik. Nowy suv, który wysłaliśmy do niej wczoraj, stał na moim miejscu parkingowym, gdy przyjechałem do pracy dziś rano. Wysłałem robotników do jej domu, żeby wykonali część niezbędnych napraw, i tak dalej. Pani Paulik nie wpuściła ich za próg. Odesłała ich z kwitkiem, a potem zadzwoniła do mnie i oświadczyła, że mogę sobie włożyć moje łapówki wiadomo gdzie. Wyprowadza się z twojego domu, „twojego śmierdzącego domu", jak się wyraziła. I dodała, że jeśli myślimy, iż kilka kolorowych paciorków kupi jej milczenie, powinniśmy się jeszcze raz zastanowić. Huff pociągnął łyk burbona. - To jeszcze nie wszystko, prawda? - Nie - odpowiedział Beck z ociąganiem. - Zamierza nas pozwać. - Cholera jasna! Tak powiedziała? - Obiecała nam to. Mieszając bursztynowy płyn w szklaneczce, Huff zamyślił się na kilka chwil. - Założę się, że tego nie zrobi, Beck - rzekł wreszcie. - Swoimi groźbami próbuje zwrócić na
- Nie. Nie staje mi, kiedy je łykam. Nie było dla nikogo tajemnicą, że raz w tygodniu Huff odwiedzał kobietę, która mieszkała na obrzeżach miasta. O ile Beck wiedział, stary był jej jedynym klientem i zapewne opłacał ją sowicie za to, aby tak zostało. - Jeżeli mam wybierać między nadciśnieniem i impotencją, wolę to pierwsze, dziękuję bardzo. - Jasne, jasne - rzucił Chris, wchodząc do biura ojca. Jak zwykle był nienagannie ubrany i uczesany. Każdy włosek na swoim miejscu, garnitur bez najmniejszego zagniecenia. Beck często się zastanawiał, jak to się udawało Chrisowi, kiedy temperatura przed południem przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. - Widzę, że umknęła mi interesująca rozmowa. Na czym stoimy? Podtekst zamierzony. Huff nalał sobie wody z karafki stojącej na biurku, a Beck w tym czasie opowiedział w skrócie Chrisowi o Charlesie Nielsonie. - Znam ten typ - powiedział Chris lekceważąco. - Tacy prowokatorzy pojawiają się i znikają jak sen złoty. Musimy go po prostu przeczekać. - Nielson wyróżnia się z tłumu. Nie sądzę, żeby miał wkrótce odejść w niepamięć. - Zawsze kraczesz, Beck. - Za to mu płacimy - uciął Huff. - Beck zajmuje się naszymi małymi kłopotami, dzięki czemu nie urastają one do niewyobrażalnych rozmiarów. - Dziękuję za to wotum zaufania - powiedział Beck. - Co mam zrobić w sprawie Nielsona? - Co sugerujesz? - Zignorujmy go. Obaj Hoyle'owie zdumieli się tą odpowiedzią. Beck zostawił im czas na komentarz, ale gdy żaden z nich się nie odezwał, zaczął wyłuszczać swoje argumenty: - Przysłanie kwiatów na pogrzeb było testem. Nielson wie, że to gest w bardzo złym guście i wykonał go wyłącznie po to, by zobaczyć, jak zareagujecie. Mógłbym napisać do niego list potępiający takie zachowanie, ale Nielson odebrałby to jako objaw gniewu lub strachu i wykorzystałby przeciwko nam. Ignorując go, pokażemy, że nie jest wart naszej reakcji, że się nie liczy. To najmocniejsza wiadomość, jaką mógłby od nas otrzymać. Huff w zamyśleniu pocierał wargi. - Chris? - Chciałem zasugerować, żebyśmy podpalili mu dom, ale podejście Becka jest znacznie subtelniejsze. - Wszyscy się roześmieli. - A tak w ogóle, skąd on jest? - Ma kilka filii rozsianych po całym kraju. Jedna z nich jest w Nowym Orleanie i prawdopodobnie z racji owego „sąsiedztwa" nasza firma przyciągnęła jego uwagę. Milczeli w zamyśleniu przez kilka chwil. W końcu Beck zaproponował: - Mógłbym napisać krótki list, dać mu jakoś do zrozumienia... - Nie. Twój pierwszy pomysł jest najlepszy - zdecydował Huff. Wyciągnął zapałkę z pudełka i wstając, przypalił papierosa. - Zaczekajmy na jego kolejny ruch. Niech to ten skurczybyk się zastanawia, co myślimy, a nie na odwrót. - W porządku - odparł Beck. Zadzwonił telefon na biurku Huffa. - Odbierz, Chris, dobrze? Muszę odcedzić kartofelki - rzekł Huff i ruszył w kierunku prywatnej toalety. Chris podszedł do biurka i wcisnął mrugający klawisz. - Sally, mówi Chris. Potrzebujesz Huffa? Z głośnika dobiegł ich nosowy głos anielsko cierpliwej sekretarki Huffa: - Zdaję sobie sprawę, że macie spotkanie, panie Hoyle, ale pomyślałam... że może powinniście

Tammy wchodziła akurat na łagodny stok pod jego ok¬nem, niosąc Henry'ego. Tego ranka znów miała na sobie dżinsy i spraną koszulkę, i znowu była boso. Gdy weszła na górę, położyła się na trawie, ułożyła siostrzeńca przed sobą w taki sposób, że patrzyli na siebie, a ich nosy niemal się stykały, mocno ujęła jego małe ramionka i poturlała się razem z nim w stronę jeziora. Zatrzymali się przy samym brzegu, zaśmiewając się do rozpuku. Henry wyciągnął łapki, wyraźnie prosząc o jeszcze.
Najpierw był zdumiony ufnością swojego stryjecznego bratanka, a potem musiał zająć się uspokajaniem go. Po ja¬kimś czasie Henry przytulił się spokojnie do jego szerokiej piersi, wyraźnie zadowolony. Dopiero wtedy Mark nacisnął dzwonek, by wezwać służbę.
domyślił się, że stoi przed Badaczem Łańcuchów. Przedstawił się więc grzecznie i opowiedział, skąd przybył.
Tammy rzuciła trochę niepewne spojrzenie na Marka, lecz on już się odwrócił i odszedł zdecydowanym krokiem. Wszystko wskazywało na to, że książę uznał ten rozdział za zamknięty. Sprowadził do kraju następcę tronu, powierzył dziecko opiece kobiet, a sam mógł zająć się sprawami wagi państwowej.
To był najdłuższy miesiąc w życiu Marka.
I rzeczywiście. Przy deserze Dominik był już zawojo¬wany na amen. Tammy ponownie zagadnęła go, gdzie po¬dziali się Ingrid i Mark.
Odwróciła ku niemu głowę, i to był błąd. W jego oczach ujrzała zdumiewająco żarliwą prośbę. Zawahała się.
mały podatnik 2020 - No i jak rolnicy z południa Broitenburga będą nawad¬niać swoje pola? - zwrócił się Mark do bratanka.
- nie zrozumiał Mały Książę.
Nie, to nie moja sprawa, przypomniał sobie twardo. Miał dość własnych zmartwień. Musiał jak najszybciej wracać do Europy.
ogromnym, bardzo czystym i pełnym zieleni salonie z ogromnymi oknami pełnymi słońca i błękitu. Badacz
Odnosiła wrażenie, że spotkała bratnią duszę... Bardzo pięknie, ale czy to wystarczający powód, by od¬dać mu Henry'ego?
usuwanie danych osobowych

©2019 www.artium.ta-parlament.jaworzno.pl - Split Template by One Page Love